Za każde dobre słowo i myśl, za maile i smsy, za telefony, za uśmiech i ciepło, serdecznie dziękuję. Bardzo wiele to wszystko dla mnie znaczy. Ostatni rok przyniósł kilka niespodzianek: okazało się, że na parę osób, takich teoretycznie pewniaków, zupełnie liczyć nie mogę i to był dla mnie szok porównywalny z samą chorobą córki. Ale przekonałam się też, że dobrych, życzliwych ludzi jest na świecie fura. I to jest wspaniałe. Bez nich nie wiem, jak dałabym sobie radę. Tak się cieszę, że jesteście, Kochani.

Na razie cel to wyrwanie dziecka ze strefy zagrożenia życia. Głupich kilka kilogramów więcej, trochę odżywić ciało, przestać bać się, że układ krążenia powie „stop”, a przede wszystkim uspokoić uczucia, emocje, doładować uwagą i miłością, ile się da. To wszystko jest do zrobienia. Tyle, że jest to na ten moment niewyobrażalnie trudne.

I jeszcze- nauczyć dzieci i siebie dla nas dosyć karkołomnej sztuki odpuszczania. Tę pocztówkę powinnam powiesić w widocznym miejscu:

 

img008

Dziękuję Wam raz jeszcze. Jak widzicie, czasem się uśmiecham- ale z coraz większym trudem. Całuję, trzymajcie kciuki.

Zastanawiam się czasem, jadąc przez miasto, idąc ulicami, mimo woli zaglądając ludziom w okna- co dzieje się tam, w środku? Jak wygląda codzienność ludzi? Jak wyglądają, z czego się śmieją, co jedzą, co czytają, dlaczego się kłócą i płaczą. Był taki czas- sto lat temu, kiedy sama byłam w miarę spokojna i w miarę szczęśliwa- kiedy wyobraźnia podsuwała mi głównie sielankowe obrazki. Dziadek w fotelu, ubrany w ciepły sweter z zamszowymi łatami na łokciach, czytający sobie smacznie gazetę, a u jego stóp wnuczka, w towarzystwie kota i grubej książki z obrazkami. Ludzie przytuleni na kanapie przed telewizorem, wyżerający chipsy z kolorowej michy. Kobieta, uśmiechnięta, przymierzająca przed lustrem świeżo kupione ciuchy. Niemowlak w łóżeczku, pod łóżeczkiem obowiązkowo pies. W okolicach świąt wizje były dodatkowo okraszane wizerunkami ludzi z choinkami, zającami i innymi atrybutami. Dobroć, światło, ciepło.. Taki zbiór spełnionych, szczęśliwych bytów. Miodowy plaster- w każdej komóreczce mikroświat wykarmiony radością i miłością. O samotności i cierpieniu myślałam, mijając budynki szpitali czy wyjątkowo ponurych i odrapanych kamienic. Rzadko.

Mój dom, z zewnątrz- co tu dużo mówić: ładny, otoczony ogrodem. W oknach koronkowe firanki, witrażowy aniołek. Rośliny na parapetach. Za szybą sylwetki dzieci. Słychać akordeon, skrzypce, pianino i szczekanie psów. Dobry, ciepły świat?

Błędów w życiu popełniłam furę, nie mam specjalnych problemów, żeby o nich mówić, przeważnie też jestem w stanie sobie sporo wybaczyć. Ale jednej krzywdy, którą zrobiłam własnym dzieciom, nie wybaczę sobie chyba nigdy. Uczyłam je, że ludzie mogą popełniać błędy, nie radzić sobie i sięgać po pomoc. A jednocześnie wpajałam do bólu, że same mają mieć wytrzymałość ruskiego czołgu. Dawać radę, zawsze, kosztem wszystkiego. A jeśli by sobie nie radziły, udawać, że tak się dzieje- tak długo, aż sobie w końcu poradzą.

Kolorowa, lukrowana wizja szczęśliwych dzieci, mieszkających w ładnym domu, parających się rozlicznymi zajęciami naukowo- artystycznymi, wzięła w łeb, mniej więcej rok temu. Mam takiego mądrego, dobrego lekarza, od lat. Zawsze powtarza, że szczęśliwi ludzie nie chorują. I to jest prawda.

Nie chciałam robić z tego bloga chorobowego show, a takim czymś stałby się dla wielu ludzi, wiem to. Ot, kolejne odcinki dramatu, czytane do porannej kawy w pracy. Można by nawet i szczerą łzę uronić, a potem spokojnie wrócić do swojego życia. Nie zrobię tego, więc jest i  będzie tutaj cicho przez jakiś czas. Być może wrócę kiedyś do migawek z życia mojego i dzieci, do zdjęć ogrodu i zwierząt. Tylko wszystko będzie mniej lukrowane, to na pewno.

Obserwowanie, praktycznie bez możliwości działania, jak własne dziecko coraz mocniej wchodzi w wyniszczającą chorobę, życie od jednej wizyty u lekarza do drugiej, z przerwą na szpital, przeżywanie każdego dnia wielu sytuacji, z których każda potrafi na długo odebrać siły, próba zapewnienia tym zdrowym dzieciom jakiejś namiastki normalności, ciągły strach- to jest mocno nieciekawe doświadczenie. Anoreksja przytrafia się zwykle tym najzdolniejszym ludziom, najbardziej odpowiedzialnym, obowiązkowym. Wtedy, kiedy nie są już w stanie samodzielnie unieść ciężaru życia ponad siły. Gdybym inaczej wychowywała swoje dzieci, gdybym sama umiała żyć inaczej, gdyby w domu czuły się naprawdę szczęśliwe i bezpieczne- ok, wiem, gdybanie jeszcze nikomu nie pomogło, ale muszę to napisać- wtedy moje dziecko mogłoby mieć i pięciu nauczycieli, uprawiających elegancką agresję w białych rękawiczkach i pewnie tak źle by się cała historia nie skończyła. Tutaj wystarczył jeden człowiek, żeby poczucie własnej wartości zjechało do zera. Ale to nie jego winię za wszystko. Chciał dobrze, w to nie wątpię.

Jeśli tu jeszcze zaglądacie, pomyślcie czasem ciepło o mojej córce. Żeby wybrała życie i zdołała wyjść z choroby. Tylko to się teraz liczy.

Dzień dobry

Po paru ładnych tygodniach nieobecności wchodzę ja tutaj, patrzę w statystyki, z myślą, czy by może jednak nie zamknąć interesu, bo pewnie pies z kulawą nogą na martwego bloga nie zagląda, a tu- niespodzianka. Czytacie, bywacie- dziękuję.

Tak wariackiego września jeszcze nie miałam, serio. Żeby własnych dzieci prawie nie widywać i to na starcie roku szkolnego, kiedy tak potrzebują uwagi…To raczej nie tak powinno być…Początek jesieni od lat, owszem, wiązał się dla mnie ze stresem, niepewnością, szukaniem klientów na nowy rok szkolny. W tym roku było inaczej: klienci sami się znaleźli i zapukali, terminy też się ułożyły, bo musiały. Na tym polu stres prawie żaden. Nie miałam czasu organizować, więc dobry los posklejał wszystko sam. Ale kończę właśnie zlecenia zaczęte jeszcze w wakacje (satysfakcjonujące, niosące moc fajnych doświadczeń, to na pewno- jednak dawno też i nie byłam tak wyczerpana, fizycznie i psychicznie) i przeskakuję od poniedziałku w typowy mój rytm pracowy. W porównaniu z sierpniem i wrześniem to będą wczasy. Żeby tylko poszły sobie choroby, które coś za mocno się nas uczepiły- jaka wtedy byłabym szczęśliwa, ech.

Poniżej wrzucam zdjęcia sierpniowo- wrześniowe. Dla pamięci.

Uciekł mi wrzesień, ale październik będę celebrować. Mój absolutnie ulubiony jesienny czas. Już się zaczyna…:) Na kilku zdjęciach widać Jesień. To  duże „J” nieprzypadkowe. Tak przez szacunek dla najpiękniejszej dla mnie pory roku. 🙂

dsc06903dsc06907dsc06912dsc06921dsc06929dsc06930dsc06934-kopiadsc06939dsc06945dsc06941dsc06947dsc06948dsc06951dsc06954dsc06959dsc06998dsc06999dsc07016dsc07014dsc07019dsc07021dsc07022dsc07023dsc07025dsc07026dsc07027dsc07029dsc07030dsc07039dsc07042dsc07031dsc07034dsc07044dsc07035dsc07036

 

 

 

Na słodko

Kupowanie materiałów papierniczych do szkoły wciąga- tzn przynajmniej nas. Te długopisy, zeszyty w milionie wariantów okładek, bloki, kolorowe papiery, farby…W tym roku budżet taki sobie, więc szaleństw nie było za bardzo. Ot, parę szczególnie wypasionych zeszytów- żeby było miło je brać do ręki. No i pachnąca limonką pastelowa plastelina dla Jaśnie Pana. I – to już do zabawy w domu- modelina w cudownych kolorach. 🙂

DSC06852DSC06853DSC06854DSC06855DSC06856DSC06857DSC06858DSC06859DSC06860DSC06862

Buty :)

Kupiłam dziecku buty. Marki Yellow Cab. Buty są fajne. Od środka zamsz, z zewnątrz grube płótno. Porządna, gruba podeszwa. Rasowe są takie. Ha.

Dziecko się z butami nie rozstaje. Chodzi w nich. Nosi je ze sobą w ręce. Śpi z butami. Myślę, że to tylko kwestia czasu,  żeby je zaczęła obwąchiwać i oblizywać. A może już to zrobiła. To jest genialne, jak ona się potrafi cieszyć. Zawsze tak miała i oby jej to zostało. Każdą pierdółką tak. 🙂

DSC06844DSC06847

A a’propos butów, niekoniecznie tych- znalazłyśmy z dziewczynami, na blogu „Eltern vom Mars”,  bardzo dobre dwa przepisy na domowe, naturalne środki: wosk do mebli i pastę do butów.

Do mebli: 30 g wosku pszczelego rozpuścić i wymieszać z 120 g oleju (miałam lniany na granicy przeterminowania, akurat się go wykorzystało). Nasze meble  trwają w radosnym szoku, piły tę miksturę jak te głupie. A jak błyszczą teraz, hohoho.

Do butów: 10 g wosku pszczelego, 60 ml oleju, 10 kopiastych łyżek lanoliny. Tak samo, wosk rozpuścić, wmieszać do oleju, dodać lanolinę.Genialna, kremowa masa z tego wychodzi, pięknie konserwuje i impregnuje skórę.

No. To miłej zabawy. 🙂 U mnie wszystko błyszczy (dobra, kłamię- ale stajni nie ma)- idę do ogrodu.

 

 

Na długi weekend

W zeszłym roku o tej porze fruwający w powietrzu bydlak pt. „duch końca wakacji” mocno mnie wkurzał. W tym roku mam do niego inny stosunek- uśmiecham się do dziada, ręką mu macham, mam ochotę pogłaskać go po łbie i postawić mu mleko na spodeczku. To nie były fajne wakacje. Niech się skończą. Wystarczy chorób, nerwówki, dni spędzonych właściwie o niczym, w zawieszeniu, w oczekiwaniu na lepszy czas. A na deser, po wielu wyżej wymienionych atrakcjach, grupowo i rodzinnie rozłożyliśmy się na krztusiec, ot, tak, jakby nam było mało. Niech żyje fajny lekarz, zioła i bańki- przeżyliśmy, to nie jest jakaś masakra. Ale chałupa się nam od kaszlu trzęsła, hehe.

Wróciłam do pracy, na razie na ok. 20 godzin tygodniowo. I odżywam. Teraz akurat uczę dorosłych,….trafiają mi się fajni ludzie na szczęście. To jest zawsze taki zastrzyk energii, inspiracji. Tyle wrażeń, obserwacji, wzruszeń. Każdy człowiek przynosi na zajęcia kawałek swojego życia, swojej historii. To zawsze  gdzieś tam wychodzi…A pomyśleć, że spotykamy się tylko na intensywnym kursie języka.

Taki model, praca od 7 rano, tych kilka godzinek dziennie, odpowiadałby mi bardzo na stałe. Bez padania na pysk, z całą robota upchniętą kompaktowo. I do takiego modelu będę się starała dążyć w najbliższych latach. W tym roku jeszcze będzie inaczej, będzie jeszcze padanie na mordę i dużo więcej godzin od października- ale będę się starała, żeby te moje lekcje nie były tak koszmarnie porozrzucane w czasie, jak to zwykle bywało.

W tym tygodniu załatwiliśmy szkolne zakupy papiernicze i ubraniowe. Muszę jeszcze przejrzeć buty, bo pewnie ktoś będzie czegoś potrzebował na jesień…Zostanie jeszcze kupno paru podręczników. I tyle….Niech się już ta szkoła zacznie.

Jeszcze parę dni w domu, ostanie dni „wolności” najmłodszej dwójki po homeschoolu…Jaśnie Pan w wakacje elegancko opanował pisanie pisanymi literami…Drukowanym pismem się posługiwał od dwóch lat już, pisze ortograficznie, z właściwą interpunkcją, aż dziw, że tak daje sobie radę. Jest taki słodki, kochany, na przemian szaleje, tuli się, siedzi w tych swoich ulubionych mapach, atlasach, globusach (kasuje mnie na luzie, aż wstyd- granice, stolice, rzeki, góry, on to ma w małym palcu)…rysuje mapy wymyślonych krain…Boję się o niego- jest za mały na drugą klasę, sześć lat to sześć lat….Ale zaryzykujemy….

DSC06819DSC06823

DSC06842

Miłego długiego weekendu…U nas chłodno, pochmurno….W planach trochę pracy, prasowanie, dzieci….W wazonie moje ukochane gladiole….A do jedzenia dużo, dużo kukurydzy, bobu, fasolki, cukinie…noooo. Może być. 🙂

Połowa

Już tak mam, że planuję, planuję, a wychodzi jak zwykle, hehe. No więc chciałam powiedzieć, że jest połowa wakacji. Sprzątanie domu zajęło wieki i tak na serio nie doprowadziłam go do końca, bo mnie już szlag jasny trafiał. Stajni już nie ma, zawsze to coś. Zaczęłam już pracę, za tydzień dochodzi praca numer 2. Więc w zasadzie moje wakacje dobiegają końca…Najstarszy syn też pracuje, reszta dzieci odpoczywa cokolwiek, bezwyjazdowo niestety. Atmosfera w chałupie taka sobie- jedno z dzieci choruje i chorować jeszcze jakiś czas będzie, więc wiadomo, że to się kładzie cieniem na nastrojach wszystkich…No taki lajf.

Obiecywałam wpisy blogowe- ale coś weny nie mam, a pisać na siłę nie mam zamiaru. Lubię tego bloga i chcę, by był przyjemnością, nie obowiązkiem..

Skończyliśmy przygodę pt nauczanie domowe,  po dwóch latach, z żalem, bo to wszystko miało sens…Niestety, nie ma się co czarować, jest to zabawa dla zamożnych i niepracujących rodziców. Ponieważ nie łapię się do żadnych z tych grup…ech…Po wakacjach sześcioletni Jaśnie Pan idzie do drugiej klasy…Czy to dobra decyzja, czas pokaże…Młodsza córka idzie do czwartej…oj, bez entuzjazmu…Powoli kompletujemy rzeczy do szkoły, Jaśnie Pan cieszy się z tornistra, o, właśnie takiego (zdjęcie z netu) :

torn

Ok, na razie mamy jeszcze wakacje. Dziewiąte urodziny młodszej, ogród, starsza plus pies- klika zdjęć ku pamięci. 🙂

Dziewięciolatka, z tortem  i z prezentem (też chcę takie krosna!):

DSC_0307DSC_0309DSC_0319

Starsza z kudłaczem:

DSC_0355.JPG

Popatrzcie, jaka fajna dekoracja (szkoła te plansze wyrzucała, aaaaa! )- idealna do pokoju zwierzolubnej młodszej. Mamy jeszcze komplet plansz ze ssakami, będzie sobie zmieniała.

DSC_0382DSC_0383

Ponieważ kocham, naprawdę szczerze kocham kicz….Takie nowe nabytki z targu staroci mi zawisły W SALONIE:

DSC_0377.JPG

A zeszłoroczne roślinne witraże zrobione przez dzieci mam w oknie w sypialni, zamiast firanki. To już chyba nie kicz, hmm? 😉

DSC_0379.JPG

Na koniec coś z ogrodu, bo by mi Ola i Motylek i jeszcze parę osób nie podarowało 😉

DSC_0333DSC_0334DSC_0335DSC_0336DSC_0339DSC_0340DSC_0342DSC_0347DSC_0349DSC_0365DSC_0366DSC_0367DSC_0369DSC_0371DSC_0372

 

 

Only dull women…

Pozałatwiana część spraw urzędowo-bankowych. Odfajkowane sprzątanie kuchni i kawalątka salonu…

Jeszcze reszta salonu. I sypialnia. No i łazienka, która jest sprzątana niby na bieżąco, ale jakieś mycie ścian by się przydało i przejrzenie kosmetyków…Dobrnę do końca tej gehenny, mam nadzieję. 😉

Z cyklu „jak ona rysuje” portret naszego psa narysowany przez moją młodszą córkę, z natury , kredkami na oknie:

DSC06777.JPG

Portret kota, kontemplowany przez psa:

DSC06786.JPG

Mycie okien nie może przebiegać bez asysty (dążność tego psa do przebywania „na grzędzie ” jest przedziwna):

DSC06779.JPG

W miejsce agatów powiesiliśmy fluoryt i kamień słoneczny. A na wrzesień przygotowane już mamy agaty w  barwach jesieni. 🙂

DSC06784.JPG

Nie chce mi się już sprzątać, niewyobrażalnie mi się nie chce. Cały ten mój poporządkowy „standard lux”, o którym piszę, to i tak „standard masakra” w wielu domach…U mnie nie będzie wybłyszczone, nigdy. No bo nie i już.

A dla tych, co z tego klubu, co ja, maksyma, którą już tu chyba przytaczałam. W kuchni wisi, wyhaftowana złotymi literami i przypomina, że…

DSC06782

O, to, to! 🙂

 

 

 

Z ogrodu…

Odfajkowane: bajzel pod schodami,  sień i spiżarnia, ta ostatnia z przeglądem zapasów, porządkami w zamrażarce i w ogóle full wypas. Dziś i jutro bieganie po urzędach i bankach, więc porządki sobie poczekają, haaaaa (tak, tak, kiedyś ten zapał musiał przygasnąć…;) ). Został salon, kuchnia i mój cudowny pokój- na niego samego potrzebuję dwóch dni co najmniej, bo uporządkowanie pracowych papierów gromadzonych w stosach przez cały rok szkolny (o, jakże mi wstyd… 😉 ) to nie takie hop-siup.

Dziś chłodno, wietrznie…Słońce. Powoli zaczynam się czuć wakacyjnie. Mam jeszcze dokładnie miesiąc wolnego….

Lubicie Muminki? Ja bardzo. Pamiętacie, jak z roślin, wrzuconych do magicznego kapelusza, w ciągu paru godzin wyrosła dżungla i oplotła cały Muminkowy dom? Pękanie strąków, rozwijanie się kwiatów, szelest pnączy, owijających się wokół mebli- słyszycie….? Popatrzcie, jak ogród fajnie wszedł mi do domu….Tę aktinidię już pokazywałam nie raz:

DSC06772.JPG

I teraz popatrzcie, jak włazi przez uchylone okienko i próbuje opanować mi spiżarnię:

DSC06774.JPG

I rozgląda się, dokąd by tu pójść:

DSC06775.JPG

Trochę zdjęć ogrodu jeszcze, dla tych, co lubią go podglądać. 🙂

Liliowców dużo nie mam i żadne rarytasy (to mix siewek, żadne „rasowce”- a marzy mi się parę odmian, oj, marzy…), ale lubię. To drzewo w tle to ewodia koreańska, która się szykuje do kwitnienia nawiasem mówiąc. Fajne drzewo, miododajne.

DSC06743

DSC06733.JPG

Kasztan jadalny kwitnie, ale czy nareszcie łaskawie zaowocuje- to się okaże:

DSC06745.JPG

Akant z roku na rok piękniejszy:

DSC06747.JPG

Królestwo czarnej maliny:

DSC06741.JPG

Przekwitła katalpa, żałuję,. że nie zdążyłam zrobić zdjęć….

DSC06740.JPG

A tu jeszcze trochę widoczków ogrodowych:

 

DSC06736DSC06739DSC06742DSC06749DSC06752DSC06755DSC06756DSC06758DSC06759DSC06760DSC06761DSC06763DSC06767DSC06768DSC06769DSC06770DSC06771